Sięgając po tę książkę miałam w głowie pewien obraz tego, czego będę od niej oczekiwać. Zakazany romans, miłość od pierwszego wejrzenia, zwrot akcji za zwrotem akcji, wspomnienie tematów, których raczej nie lubi się wspominać. Zawsze chętnie sięgam po książki, które mają w sobie te cechy, ponieważ wydają mi się one niezwykle przyjemne w samej lekturze, jak i wbrew pozorom zawierające całkiem sporo mądrych słów, o których często zapominamy. Jednak „Miejsce bez ciebie” w moim odczuciu ma pewne braki, żebym uznała ją za naprawdę dobrą książkę z tego gatunku.

Problematyka

Nie można zarzucić Jewel E. Ann, że potrafi przenosić na papier trudne tematy jak cierpienie w miłości (temat wydaje się błahy, ale szczerze – bolesny), poświęcenie czy też podejmowanie trudnych decyzji. Za to właśnie daję plus. Sama historia naprawdę posiada spory potencjał. Opowiada o lekkomyślnej (cóż za nowość) nastolatce, która niczym się nie przejmuje i żyje z dnia na dzień, jak na artystyczną duszę przystało. Jednak czasami bywa ona nieco zbyt egoistyczna. Mówiąc „zbyt” mam na myśli, że w moim odczuciu ciężko wyobrazić sobie kogoś, kto byłby aż tak ślepy na sytuację osób w jej otoczeniu. Jak widać można. Chociaż można tę cechę uznać za plus dla realności postaci, bowiem nikt z nas nie jest idealny, prawda?

Narracja

Największym moim problemem podczas czytania „Miejsca bez ciebie” był chyba niestety sposób, w jaki prowadzona była narracja powieści. Momentami czułam się przytłoczona tym nadmiernym wylewaniem się uczuć z perspektywy Henny, aż miałam wrażenie, że naprawdę to co czytam, nijak się ma do sytuacji, która jest taka naprawdę opisywana. Nie wiem, dla mnie sprawiało to wrażenie bardzo wymuszonego. I może nie byłoby to jeszcze tak bardzo męczące, gdyby dotyczyło to tylko tej bohaterki, ponieważ może w taki sposób właśnie autorka wymyśliła sobie postać, że jest ona nieco zbyt wylewna, że wyolbrzymia pewne sytuacje aż nadto.

Najgorsze w tym jest chyba to, że identyczna narracja występuje wtedy, kiedy ukazywany jest punkt widzenia innego bohatera – Bodhiego. W tym momencie usprawiedliwianie autorki o próbę stworzenia po prostu irytującej postaci. Bo są ich już dwie. Wyjaśnijmy sobie bowiem, że nad wyraz poetycki język jest cudowny w pewnych sytuacjach, kiedy do innych ma się jak pięść do nosa. Dla mnie tutaj mamy tę drugą sytuację.

Na koniec

Słowem podsumowania: książkę można przeczytać bez większego bólu. Nie wiem, czy jest to jedna z tych, do których będę wracać. Raczej nie. Sama historia wydaje się całkiem przyjemna, bohaterowie pomimo swoich licznych przywar i irytującego sposobu bycia w pewnych momentach, nie są jeszcze najgorsi. Także można przeczytać, ale nie jest to dla mnie „must have” na półce.